Incubus
Zacznijmy może od historii zespołu Incubus.
Mając po piętnaście lat chodziliśmy do jednego liceum. Dla zabawy, założyliśmy zespół ponieważ nie mieliśmy nic lepszego do roboty. Od tamtej pory, czyli już jakieś dziesięć lat, trwa ten nieustanny, powolny i zabawny proceder. Nie był pomysłem jednostki lecz wspólnym projektem. Zrodził się ponieważ, już jako nastolatki, lubiliśmy ze sobą przebywać i doskonale się rozumieliśmy.
Mogę pomylić przytaczane dane, ale chyba jakieś pięć lat temu podpisaliśmy kontrakt z wytwórnią Epic. Później wydaliśmy Ep'kę "Enjoy Incubus", która stanowiła zremiksowaną wersję naszej pierwszej, wydanej dla niezależnej wytwórni, płyty"Fungus amungus". Następnie wyruszyliśmy w trasę. Trochę pograliśmy, by wrócić i napisać "Science", która ukazała się w 1997 roku. Ją również promowaliśmy trasą koncertową, trwającą dwa lata. W 1999 wydaliśmy "Make Yourself". Znów minęły dwa lata i mamy nową płytę "Morning view".
W tak zwanym między czasie doszło do zmiany w składzie zespołu. Trzy lata temu rozstaliśmy się z naszym ówczesnym dj'em. Poprosiliśmy go, by opuścił zespół ponieważ jego wkład pracy ledwie pokrywał się z naszym. Było oczywiście jeszcze kilka innych zastrzeżeń. Wkrótce zorganizowaliśmy spotkanie z Dj'em Kilmor'em, z którym natychmiast zaiskrzyło. Parokrotnie mieliśmy okazję widzieć go w akcji, gdzie każdorazowo rozwalał nas swoimi możliwościami. Jest świetnym facetem i artystą. Poprosiliśmy by się do nas przyłączył. W dwa dni nauczył się szesnastu utworów i natychmiast wyruszył z nami w trasę.
Dlaczego w tytule Science są kropki po każdej literze?
Wokół nas wytworzyły się pewne zasady, które czasem chcemy złamać i przypadkowo pojawił się pomysł na dokonanie tego przez uczynienie słowa "science" akronimem. Ludzie będą się zastanawiali po co tak zrobiliśmy, a my będziemy odpowiadali, że bez żadnego konkretnego powodu. Jedynie po to by wymyślać nowe rozwinięcia akronimu, gdy ktoś o nie zapyta. Obowiązująca dzisiaj wersja brzmi, powiedzmy, następująco: " Społeczny sentymentalizm dopada wszystkich Neandertalczyków, kanibali, wszystkich".
Co możesz powiedzieć o "Out from under"?
"Out from under"? Śmieszna historia! Dostałem mandat za nieprawidłowe parkowanie w Los Angeles. Zabawne, jak zainspirować mogą drobnostki życia codziennego. Mandat opiewał na sumę około osiemdziesięciu dolarów, której oczywiście nie miałem. Byłem akurat biednym studentem. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, iż jestem okradany przez własny rząd za nieprawidłowe parkowanie. Oczywiście mogłem wyrzucić mandat, ale wtedy doliczyliby odsetki, a gdybym nie zapłacił mogli mnie zamknąć. Stąd wzięły się słowa:
" Opór przypomina sikanie pod wiatr, może się skończyć przykrym zapachem." Tak zrodziła się myśl o wydostaniu się spod ... nazwijmy to cienia. Czyjejś wyczuwalnej obecności, która kładzie się na ciebie wielkim cieniem przypominającym kształtem rybę, w którym ciągle żyjesz. Słowa mówią o wydostawaniu się spod tej obecności, by zobaczyć jasny błękit nieba. Co może stanowić metaforę wielu rzeczy, jak przypuszczam.
Moim zdaniem wcześniejsze płyty były cięższe i różnorodniejsze niż "Morning View". Czy zgadzasz się z tą opinią?
Uważam, że jest ciekawsza od poprzednich, oczywiście moja opinia wynika jedynie z faktu, że do jej nagrania wykorzystaliśmy instrumenty, których wcześniej nie używaliśmy. Dzięki temu mogliśmy powiększyć wachlarz emocji wyrażanych na płycie. Lecz przede wszystkim, jak zwykle, my musieliśmy dobrze się bawić, a nie nagrywać nową wersję poprzedniego albumu. Cały czas realizujemy taki pomysł, który może już przerodził się w obsesję, by każda kolejna płyta różniła się od poprzedniej. Dlatego z uwagą przysłuchujemy się opiniom na temat naszych poczynań ponieważ "nie gramy bezpiecznie". Bezpiecznym byłoby tworzenie repertuaru w oparciu o to co wcześniej przyniosło nam sukces. Lecz wtedy nie moglibyśmy odkrywać nowych obszarów. Dlatego postanowiliśmy nie ustawać w wynajdowaniu nowego instrumentarium oraz ciekawych pomysłów, by nasze płyty miały różny klimat, a pisanie ich było dla nas przyjemnością oraz rozrywką poszukiwania natchnienia. A wygląda to tak, że piszę teksty, układam melodie. Natomiast każdy opracowuje i wykonuje partie za które jest odpowiedzialny.
Czego używasz pisząc muzykę. Gitarki, czegokolwiek, pianina...?
Tak naprawdę czegokolwiek. Wszystko zależy od nastroju utworu, w jakim jest czy w jakim ma być. Upraszczając, zaczynam od kawałeczka, że się tak wyrażę, melodii czy gitarowego riffu. Później zaczyna się muzyczny "głuchy telefon". Dzielisz się pomysłem z kolegą i wspólnie go interpretujecie oraz wykonujecie, po czym on robi to samo z następnym, a tamten z kolejnym. Oczywiście, gdy wszystko wraca do pomysłodawcy, kompletnie różni się od pierwotnej wersji. Dlatego jest to wielce interesujący proces.
Skąd w niektórych tekstach tyle radości życia oraz nadziei?
Jestem szczęśliwy w życiu, choć jak zapewne każda myśląca osoba, obserwuję świat oraz rejestruję działanie konkretnych sił mających wpływ na moje poczynania. Ponieważ obserwuję również działam i chciałbym, aby inne myślące osoby tak jak ja zaczęły naprawę otaczającego ich świata od siebie. Zakładam co w najbliższej przyszłości należałoby zmienić, gdzie będzie wymagana zwiększona koncentracja pozytywnego myślenia. Refleksjami na ten temat przepełnione są moje teksty, w których staram się, posługując przykładem jednostki, przedstawiać większą perspektywę i dotrzeć do sedna problemu.
W ostatnim utworze pojawia się chińska czy japońska gitarka oraz żaby. Czy mógłbyś o tym opowiedzieć?
Gitarka nazywa się kokju i wywodzi z Chin, niczym nie różni się od tego typu gitar. Tę jednak pożyczył, naszemu gitarzyście Michaelowi, Steve Vai! Uchodzący za legendę wśród gitarzystów. Panowie znają się od kilku lat i któregoś wieczora Michael, będąc w jego domu, zaczął bawić się tą gitarką. Vai powiedział, że może mu ją pożyczyć jeśli wykorzysta gitarkę nagrywając najnowszą płytę. Nie wiem czy mówił poważnie, w każdym razie Michael wziął to bardzo serio. Tej samej nocy, po powrocie do domu, ćwiczył na niej zawzięcie. Kilka dni później, któregoś wieczora, zagrał wymyślony riff oraz rytm. Na ich podstawie skomponowaliśmy utwór jakiego dotąd nawet byśmy nie spróbowali stworzyć. Jest spokojny, nastrojowy, bez ciężkich gitar. Wibruje, na maxa, jedynie dzięki smyczkom i przeróżnym odgłosom, które pomogły nam wykreować brzmienie jak ze świata snu. Bo zawsze gdy go słucham czuję się jak zanurzony w nierealnym śnie o niebycie. Co jest naprawdę piękne i trudne do osiągnięcia w dzisiejszej muzyce rockowej.
Natomiast żaby żyły w sadzawce obok studia. Wyłaziły o zachodzie Słońca i zaczynały śpiewać. Wieczorem powiesiliśmy mikrofon za oknem i wcisnęliśmy nagrywanie, by zarejestrować żabią pieśń. Utwór ten świetnie nadawał się na zakończenie płyty ponieważ doskonale odzwierciedlał nasze doznania podczas jej nagrywania. Żaby są, dla nas, wizytówką tego miejsca, a ich chór natychmiast przywodzi na myśl studio w Malibu, gdzie pracowaliśmy.
Sztandarowe pytanie Makakofonii, wasze inspiracje rockiem lat 60-tych i 70-tych.
Jestem wielkim fanem Led Zeppelin, tak jak reszta zespołu. Natomiast słuchałem przeróżnej muzyki z tamtego okresu. Moi rodzice zwykli atakować mnie w samochodzie takim Neilem Diamondem czy Abbą, co musiało się jakoś na mnie odbić! Co jeszcze? Kocham The Doors i Jimiego Hendrixa. Wpłynęła na mnie artystyczno - muzyczna scena San Francisco i wszystko co w tamtym okresie powstało. "Koncertowa kartka z San Francisco", zwłaszcza występy ulubionych zespołów, wciąż mnie inspirują i słychać to w mojej twórczości. Ogromny wpływ mają na mnie inni wokaliści, tacy jak BjErk, Jeff Bacly... Natomiast ostatnio miałem na tyle dużo szczęścia, że wpadł mi w ręce rewelacyjny, podwójny album koncertowy Ali Khana. Nieustannie kocham głos Elli Fitzgerald oraz to co zrobiła z Luisem Armstrongiem. Ubóstwiam tych, w których głosach odnajduję nieśmiertelność i niepowtarzalność.
Czy coś podoba Ci się w dzisiejszej muzyce amerykańskiej?
Muzyka amerykańska zdaje się przechodzić ciężkie chwile. To jedynie moja opinia, bo przede wszystkim, dla tych jest ona piękna, którzy kochają jej przeróżne formy. Obecnie niewielu, spośród żyjących, artystów amerykańskich mnie inspiruje, ponieważ w większości przypadków ich twórczość jest nie szczera i przypomina śmierdzący ściek. Na szczęście jest kilku dobrych i mówiąc o nich muszę wymienić Toola. Podoba mi się to co robią... Natomiast z przykrością stwierdzam, iż nikt inny nie przychodzi mi do głowy. Ale System Of A Down jest bardzo dobrym zespołem, są również naszymi przyjaciółmi i wiem, że tworzą coś niesamowitego.
Z wokalistą zespołu INCUBUS, Brandonem Boydem, rozmawiał Piotr Makak Szarłacki